Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi WuJekG z miasteczka Gorlice. Mam przejechane 226607.83 kilometrów w tym 3440.12 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 26.19 km/h.
Więcej o mnie.

button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl




Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy WuJekG.bikestats.pl

Archiwum bloga

Wpisy archiwalne w kategorii

MRDP 2017

Dystans całkowity:1441.30 km (w terenie 9.00 km; 0.62%)
Czas w ruchu:54:17
Średnia prędkość:26.55 km/h
Maksymalna prędkość:67.90 km/h
Suma podjazdów:9572 m
Liczba aktywności:3
Średnio na aktywność:480.43 km i 18h 05m
Więcej statystyk

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dane wyjazdu:
289.00 km 1.00 km teren
12:36 h 22.94 km/h:
Maks. pr.:61.00 km/h
Temperatura:11.0
Podjazdy:3700 m
Rower:Sauron(i)

MRDP 3

Wtorek, 22 sierpnia 2017 | Komentarze 0

Opaka-Wietlin III-Przemyśl-Arłamów-Krościenko-Ustrzyki Dolne-Ustrzyki Górne-Wetlina-Komańcza-Tylawa-Mszana-Iwla-Nowy Żmigród

Jednym z głównych powodów tej dwugodzinnej niby-drzemki, oprócz samego przysypiania, było przeczekanie do otwarcia Maka w Przemyślu. Bo Natalka Dubajowa uświadomiła mnie w nocy, że otwierają dopiero o 8 (jak to na Podkarpaciu ;)). Rano wilgoć, potem słoneczko, a potem niebo się zasnuwa. I zaczyna się przeciwny wiatr do Radymna, a potem mocny przeciwny wiatr na hopkach do Przemyśla. Popas jest długi, prawie godzinny. Potem znów wiatr w twarz, powoli robię podjazdy w stronę Krościenka. Kilka razy zostaję prawie potrącony na mokrych asfaltach (zaczyna kropić) przez idiotów w samochodach (co w roku, gdy zostałem poważnie wypchnięty na pobocze i mało nie zakończyłem..właściwie wszystkiego, podnosi mocno ciśnienie), wyprzedzających na  gazetę. Dotaczam się do Ustrzyków  i jedzie się nie tak. Straszszszszsznie zamulam na górkach. Do tego wiatr nie pomaga, a mocno przeszkadza. Czarną Górną robię nawet szybko, ale droga do U.Górnych ciągnie się w nieskończoność. W Górnych obiadek, wmuszony ale dobry, już ze spieprzonym nastrojem. Od niechcenia robię Wyżną i Wyżniańską (wydawało mi się, że są bardziej strome i dłuższe), na zjazdach przyciskam ile się da, ale znów wije przeciwnie. Zachód słońca łapie mnie za Smolnikiem, tak samo łapią mnie burzowe chmury i deszczyki. Za Komańczą wjeżdżam w mokre asfalty, wysiada mi lampka, wymiana baterii w sklepie w Posadzie Jeśliskiej nie pomaga, posiłkuję się czołówką ('przezorny zawsze...'). W życiu tak mi się Mszana i Chyrowa i dojazd do Żmigrodu nie ciągnęły. W życiu. Na PK jestem pół godziny po założonym czasie, około 22.30. Decyzję o rezygnacji podjąłem już kilkanaście godzin temu, wysyłam tylko smsa potwierdzającego do systemu monitorowania, ale muszę jeszcze dojechać do domu. Kładę się tak jak 4 lata temu w wiacie na rynku, tym razem chłodnej, i przysypiam na kilka momentów (bo czuję, że będę jechał ze 2h do domu). Szczęśliwie - podjeżdża akurat Wojtek, krążący nocą i pozdrawiający maratończyków, i podwozi mnie do domu.
Mimo, że byłem taktycznie i fizycznie lepiej przygotowany do imprezy niż 4 lata temu, ale w podobnej sytuacji mentalnej: mało snu i ciągłe myślenie o terminach wykonania monitoringów/ badań. Gdy nie ma się świeżej głowy do jazdy to i mocna noga i tyłek nie pomogą. Sam start był już głupim pomysłem, wycofanie się raczej dobrym posunięciem.
Rower i reszta sprzętu spisała się właściwie fantastycznie, i na szybszych odcinkach i w deszczu i na gorszych asfaltach. Oprócz nieprzyjemności przeponowych i oczywiście obtarć okolic tyłka (przez deszczowe dni) uniknąłem kontuzji czy dyskomfortów. Wygląda na to, że pewnie trzeba dać sobie spokój (lub przynajmniej porządnie odpocząć) z ultra, skoro nie mam na tyle zaparcia, żeby skoncentrować się na jednej rzeczy.


Dane wyjazdu:
569.50 km 7.00 km teren
20:33 h 27.71 km/h:
Maks. pr.:56.20 km/h
Temperatura:12.5
Podjazdy:2501 m
Rower:Sauron(i)

MRDP 2

Poniedziałek, 21 sierpnia 2017 | Komentarze 0

Chreptowce-Krynki-Kruszyniany-Gródek-Narewka-Hajnówka-Kleszczele-Siemiatycze-Sarnaki-Konstantynów-Terespol-Kodeń-Slawatycze-Włodawa-Świerże-Zosin-Hrubieszów-Tomaszów Lubelski-Lubaczów-Opaka

Zaczęło się akurat dobrze spać i zadzwonił budzik. Jak zwykle. Około 2 w nocy przestało padać. Wciągam jajecznicę śniadaniową, ubieram się nie za grubo i wjeżdżam w lasy. Widać, że ulewy były niezłe, sporo gałęzi wala się po drodze. Widzę z daleka migające lampki choinkowe, po chwili mijam rozpierzchniętą grupkę maratończyków. Krynki przyszły bardzo szybko, potem Kruszyniany i wspominana gruntówka - tragiczna do jazdy bez amortyzatora. W Narewce małe tankowanie i zaczyna się jazda pod wiatr, ale przynajmniej w cieple. Do Siemiatycz zatłoczona i wąska krajówka, kilka razy nerwowa, a w Siemia kolejny krótki popas. Do Terespolu jazda GreenVelo, ścieżką obok drogi. I jedzie się super. Po drodze MORy i postoje leśne z wiatami, naprawdę fajna zrobiła się ta okolica. Mijam Włodawę, łapie mnie w końcu lekka ulewa i skręcam na obiad w barze/pensjonacie w Wolu Uhurskiej. Po obiedzie łapie mnie podwójna tęcza, fatalne nadbużańskie asfalty i mgły nad łąkami. 4 lata temu też byłem tu w okolicach zachodu słońca, nawet rozpoznawałem miejsca, które wtedy przejeżdżałem czy fotografowałem (ba! bez problemu rozpoznałem przystanek i las z poprzednich noclegów!;) ). O zachodzie, przy takich w miarę fajnych temperaturach (mimo przemoczonych butów) to miejsce było naprawdę fajne. Zosin osiągam już nocą, we mgle. Ale robi się cieplej, asfalty się polepszają. W Hrubieszowie tankuję na tym samym Orlenie, na którym podbijałem pieczątkę na liście 4 lata temu (po wyczerpaniu baterii loggera). Zaczynają się hopki Wyżyny Sandomierskiej, aż za Tomaszów jazda jest dość interwałowa, czasem dociskam na górkach. Za Lubaczowem czuję lekkie znużenie, skręcam za znakiem parkingu leśnego i mimo, że nie ma wiato-ławeczki i tak się kładę. Na trawsku. W NRCeto śpiworze. I w mokrych skarpetach. Lekko się trzęsąc.



Dane wyjazdu:
582.80 km 1.00 km teren
21:08 h 27.58 km/h:
Maks. pr.:67.90 km/h
Temperatura:14.5
Podjazdy:3371 m
Rower:Sauron(i)

MRDP 1

Sobota, 19 sierpnia 2017 | Komentarze 0

Jastrzębia Góra-Gdańsk-Frombork-Bartoszyce-Węgorzewo-Gołdap-Sejny-Kuźnica-Chreptowce

Start maratonu jak zawsze około 12, jak zawsze spod latarni w Rozewiu/Jastrzębiej. Początek jest zawsze wkurzający, bo najpierw bruki, potem zakorkowane drogi,potem zakorkowanie do Trójmiasta. Lokalesi prowadzą nas chwilę jakimiś objazdami przez Gdańsk, ale w końcu wyłączam się z tego kryterium ulicznego i jadę sam do promu. Jest chwila zapasu, jemy coś na miejscu. Potem i tak czekamy po drugiej stronie na resztę grupy. Więc start ostry nastąpił dopiero chwilę po 16.30.
Wiatr przeciwny, średnio mocny, trochę słońca. Wyszedłem do przodu i tylko czasem mija mnie grupka Extreme/Solo, albo jeden solista, który nie zatrzymuje się na zakupy i zostaje na każdej małej górce. Przez kilkanaście chwil jedzie jeszcze kolega Gavka, który lekko wkurwia wkręcaniem się w grupkę z tyłu lub jechaniem przede mną na tyle, że nie mogę jechać swoim tempem żeby nie wyglądał to jak dojeżdżanie do jego koła. Tempo na górkach w okolice Bartoszyc i robię błąd, nie zatrzymując się na zakupy w mieście. Następne ca. 70 km jadę prawie na sucho, bo nocą stacje są pozamykane. Znalazłem tylko jakiś kranik za jedną ze stacji. Zjeżdżamy na stację w Węgorzewie, Orlen kawałek od trasy, 'zjeżdżamy', bo nie tylko ja przysychałem. Wpada Czarek i Pozdrowery, jemy co tam mają i wypijamy kawy/wody/herbaty, popas trwa sporo czasu. Zaczynam potem dociskać do Gołdapi. A potem mokre asfalty Puszczy Romnickiej. Łapie mnie znów nieprzyjemna zgaga i czkawka, na dodatek lekka senność, nad ranem kładę się na ławce na postoju leśnym na 10 minut. Akurat gdy wstaję mija mnie Ricardo, jedziemy przez moment rozmawiając i potem zaczynają się górki za trójstykiem. Bardziej hopki, ale męczę je w tej wilgoci fatalnie. Nad ranem zaczyna kropić, potem trochę lać. Do Sejn dojeżdżam przemoczony i z bólem żołądka i zgagą. Próbuje coś zjeść, ale nie idzie, jadę dalej w deszczu przez fajne lasy. Ostatecznie przed Kuźnicą (kolejny PK) łapie mnie mega-ulewa i mocne skurcze przepony i zaczynam się zastanawiać nad daniem spokoju. Na dodatek prognozy z frontem, na dodatek z ostrzeżeniami, są niepokojące. Miejscowi spod sklepu w Kuźnicy informują mnie o zajeździe ('Paaaanie, rowerem to ze trzy dni...3km w stronę Białegostoku, na górce'). Jest chwilę przed 14, loguję się do pokoju, biorę obiad i idę pod prysznic, rozwieszam rzeczy, ręcznikiem suszę buty i idę spać. Wieczorem kolejny obiad, bo żołądek już lepiej. Leje dalej więc idę spać i jak się obudzę zdecyduję, czy jadę dalej czy jadę na pociąg do domu.